Jakby nie patrzeć, kalendarzowa zima trwa już od kilku tygodni. Co prawda, jej przebieg był do tej pory bez opadów śniegu i ujemnej temperatury. Do wczoraj.
Wczoraj Pani Zima sobie przypomniała, że wypadałoby trochę postraszyć. No i sobie przyszła. Tak, na bogato.
Traf chciał, że w dniu wczorajszym wyjechałem z Rodziną z Lublina. W międzyczasie dosypało trochę śniegu. Około 19 padło "jedziemy".
No i widząc, jaka jest sytuacja na drodze, zmniejszyłem prędkość przejazdu o 50% do magicznych 50km/h. Lekki samochód, Rodzina na pokładzie. I lód pod cienką warstwą śniegu. Wystarczająco. Kilkanaście kilometrów przed Lublinem, na długim odcinku prostej widzę we wstecznym lusterku, że coś się zbliża. Ja miałem 50-55 km/h, a toto śmigało około 70. Obszar niezabudowany więc OK. Daję prawy kierunek, delikatnie ściągam nogę z gazu. Samochodzik zbliża się do mnie, równamy się i w tym momencie zauważam, że zbliża się w moim kierunku. Na liczniku już 45, i wciskam hamulec. W pewnym momencie widzę, że to coś leci tylnym kołem na skraju jezdni po czym widzę centralnie samochód przed sobą, jadący (a raczej ślizgający się) bokiem. Serce mi zamarło. Prawie już wyhamowałem, włączyłem awaryjne czekając na rozwój wydarzeń. Pas już odpięty (gdyby trzeba było szybko wyjść z samochodu udzielić ewentualnej pomocy, gdyby spadli w rów). A samochodzik w pewnym momencie został wyprowadzony z poślizgu. Pomrygał awaryjnymi i pojechał dalej.
Dojechałem do najbliższej miejscowości, stanąłem na przystanku, wysiadłem z samochodu. Było tak blisko nieszczęścia.
Nie winię kierowcy. Nie winię siebie. Przez 30 kilometrów trasy spotkałem dwa samochody służb porządkowych. Z podniesionymi pługami.
Wjechałem do Lublina. Na podjeździe przy światłach pochylonym w stosunku do poziomu o jakieś 5-10 stopni nie mogłem ruszyć, pomimo dobrych opon. Przed następnymi światłami hamowałem z prędkości 20-25km/h przez 20-25 m, z działającym systemem ABS. Mówią, że fizyki nie oszukasz.
Na mieście kolejne kilka jadących za sobą odśnieżarek. Tym razem pługi zbierały z jezdni śnieg. Ale co z tego, gdy jezdnia ma koleiny.
Czasami zastanawiam się, co byłoby gdyby Państwo, wzorem krajów skandynawskich nie odśnieżało dróg. Tylko pozwalało użytkownikom dróg na jazdę z założonymi łańcuchami, czy też wyposażonymi w kolce w oponach. A tak? Samorządy się nie wywiązują, kierowcy się rozpirzają. A zadowoleni są tylko blacharze. I ci, co sprzedają sól. I paliwo do odśnieżarek.
| « poprzednia | następna » |
|---|

