O nie, nie mam zamiaru schodzić na tematy plotkarskie. Brak smaku dotyczy smaku, o którym myślimy w pierwszej kolejności. Czyli o tym, za co odpowiadają kubki smakowe.
Nie tak dawno byłem na Ukrainie. W sumie, wyjazd dwudniowy. Ale ile dał mi pozytywnych bodźców. Nie wiem, czy spowodowane to było jakością serwowanych dań, czy też rangą lokali do których zaprosili mnie moi Ukraińscy przyjaciele. Podczas konsumpcji wielokrotnie podkreślałem, że "to smak dzieciństwa" i że "w Polsce i pewnie w Europie takich dobrych rzeczy już w przeciętnym markecie nie kupisz".
"Zwykły" chleb, czyli kupowany w osiedlowym sklepiku. Nawet z mega katarem da się określić, w którym kierunku trzeba iść, żeby do niego trafić. Chleb pachnie. I nie jest to "zapach chleba z aerozolu", ale autentyczny zapach. Można tam spotkać również własne wypieki. Miodzio.
Wędliny (choć z tych spożyłem jedynie słynną słoninę z czosnkiem i przyprawami). Tutaj moje doznania były znacznie mniejsze. Ale sposób przyrządzenia przez lata istnienia ukraińskiej kuchni sprawił, że to co u nas służy do przetopienia na smalec ze skwarkami, tam robi za przysmak. Kolejne pozytywne zauroczenie.
O smaku ukraińskiej wódki nie można zapomnieć. Różnica między wódką A i wódką B jest wyczuwalna. I można mówić o czymś takim jak smak i gatunkowość. I - być może to zasługa boczku - następnego dnia nie ma co marzyć o syndromie dnia powszedniego.
I na koniec Piwo. Miałem okazję kosztować ważonego bezpośrednio w knajpie Piwa. Czuć było bogaty bukiet (hehe, moi towarzysze przez dobrych kilka minut nie mogli powstrzymać się od śmiechu, ponieważ ja to piwo "piłem" nosem). Nie powiem, że pachniało mi to kłosami i jęczmieniem, ale autentycznie, można było wyczuć wiele ciekawych smaczków.
I to właśnie piwo (pisane z małej litery), a raczej wyrób piwopodobny który przed chwilą spożyłem skłonił mnie do napisania tych kilku słów. W osiedlowym sklepiku kupiłem napój jednej z bardziej renomowanych polskich marek (o marce nie będę pisał, bo szkoda na to megabajtów). Różnica między Ukraińskim a Polskim piwem jest taka, że tamto spożyłem po kilku kieliszkach dobrej Wódki, natomiast to skosztowałem "bez dodatków". I choć kiperem nie jestem, czułem w smaku nieprzeżarty spirytus. To mniej więcej tak, jak z nalewką. Musi ona nabrać mocy, smaki muszą się przejść. Tutaj - niestety - za wcześnie trafiła do sklepu. Bo spirt czułem. I o ile tamto Piwo (rodem z knajpy na Ukrainie) nie przyprawiło mnie o rumieńce, po tym "naszym" wyglądam jakbym cały dzień latał w "kubraczku Mikołaja" który puścił farbę.
Dlatego, odliczam dni do chwili, gdy znowu znajdę się na gościnnej i smakowitej Ziemi Ukraińskiej.
| « poprzednia | następna » |
|---|

